Wycieczki dodaję zawsze tego samego dnia.
Na jednym kole
Niedziela, 13 maja 2012 · Kategoria: 50-100km · Komentarze(5)
km: 86.37 · czas: 03:40 h · Vśr: 23.56 km/h · Vmax: 65.90 km/h · w pionie: 780 m · 12.0 C°
Nasza opowieść zaczyna się w sobotę rano, kiedy spostrzegłem, że conti mają definitywnie dość. Flak z tyłu ujawnił całe sfatygowanie opon, które postanowiłem w końcu zmienić. Ponieważ byłem z tych bardzo zadowolony, marzyły mi się GP 4000S. Budżet jednak chudy, dni na kupowanie w sieci szkoda, pojechałem więc po coś tańszego i w miarę sensownego do ulubionego sklepu. Po jakieś okulary przy okazji też. Patrzałki najtańsze (jak się okazało - bardzo fajne), opony - Vittoria Zaffiro. W sieci dość dobrze o nich pisali, spodobał mi się bieżnik.
Po południu zabrałem się za zmianę. Tylne koło jakoś poszło, choć umordowałem się okrutnie. Fajnie wyszło, ładnie się kręciło. Z przednim cyrk zaczął się ok.16.00. Dwie godziny później wokół mnie leżały 2 złamane łyżki, 3 dziurawe dętki oraz bezużyteczna obręcz bez opony. Kiedy odzyskałem nieco czucie w kciukach oraz zeszła ze mnie żądza mordu, zacząłem czytać. Na szczęście okazało się, że to nie ze mną jest coś nie tak, a z tymi oponami, z którymi zazwyczaj ludziska mieli ogromne kłopoty i niekiedy najzwyczajniej w świecie nie byli w stanie ich założyć. Świat mi się zawalił na dwa kwadranse, po czym sportowa złość kazała mi wziąć do ręki obręcz, kilka starych opon i poćwiczyć. Okazało się, że inne zakładam niemal samymi palcami. Skleiłem najmniej sponiewieraną dętkę i powolutku założyłem oponę. Oczywiście jajo, bo dętka nie rozepcha się równomiernie. A max. 145 psi brzmi zachęcająco. Nabiłem 100 psi i mimo wszystko postanowiłem gdzieś pojechać w niedzielę.
Dziś rano sprawdziłem obie opony. Tył trzyma bez zarzutu, przód też, ale znacznie mniej. Władowałem do tyłu 130 psi, przód więcej niż 80-90 nie był w stanie utrzymać. Podejrzewam, że w trakcie jazdy powietrza jeszcze ubyło. ALE nie zeszło całkiem i toczyło się całkiem nieźle, choć jajo przez pierwszych kilkanaście km doprowadzało mnie do pasji. Potem się przyzwyczaiłem i kręciłem swoje. Wrażenia? Opony super się toczą, świetnie trzymają. Dostały dziś wszystko: dywan, dziury, grys, szuter - wszędzie bez zarzutu. Jestem ciekaw wrażeń, kiedy obie będą okrągłe jak należy i nabite do 140 psi. ;]
Późniejszy wyjazd, trasa krótsza, pochmurnie, 10-14 stopni. Jechało się jednak fajnie, a widoki zrekompensowały oponiarskie problemy.
Linia elektryczna na tle czołówki z "Plebanii". :)

Dziś odgrzałem skrót przez Bachów w drodze do Birczy. Od skrętu w Babicach zaczyna się malownicza droga wzdłuż Sanu...

...przez który przeprawimy się taką oto kładeczką.

Jw.

Bachów i San, już po prawej stronie.

Chwilami rzeka rozlewa się dość szeroko.

Z Birczy powrót doliną Wiaru.



Huwniki z dołu...

...i z góry.
Nasza opowieść zaczyna się w sobotę rano, kiedy spostrzegłem, że conti mają definitywnie dość. Flak z tyłu ujawnił całe sfatygowanie opon, które postanowiłem w końcu zmienić. Ponieważ byłem z tych bardzo zadowolony, marzyły mi się GP 4000S. Budżet jednak chudy, dni na kupowanie w sieci szkoda, pojechałem więc po coś tańszego i w miarę sensownego do ulubionego sklepu. Po jakieś okulary przy okazji też. Patrzałki najtańsze (jak się okazało - bardzo fajne), opony - Vittoria Zaffiro. W sieci dość dobrze o nich pisali, spodobał mi się bieżnik.
Po południu zabrałem się za zmianę. Tylne koło jakoś poszło, choć umordowałem się okrutnie. Fajnie wyszło, ładnie się kręciło. Z przednim cyrk zaczął się ok.16.00. Dwie godziny później wokół mnie leżały 2 złamane łyżki, 3 dziurawe dętki oraz bezużyteczna obręcz bez opony. Kiedy odzyskałem nieco czucie w kciukach oraz zeszła ze mnie żądza mordu, zacząłem czytać. Na szczęście okazało się, że to nie ze mną jest coś nie tak, a z tymi oponami, z którymi zazwyczaj ludziska mieli ogromne kłopoty i niekiedy najzwyczajniej w świecie nie byli w stanie ich założyć. Świat mi się zawalił na dwa kwadranse, po czym sportowa złość kazała mi wziąć do ręki obręcz, kilka starych opon i poćwiczyć. Okazało się, że inne zakładam niemal samymi palcami. Skleiłem najmniej sponiewieraną dętkę i powolutku założyłem oponę. Oczywiście jajo, bo dętka nie rozepcha się równomiernie. A max. 145 psi brzmi zachęcająco. Nabiłem 100 psi i mimo wszystko postanowiłem gdzieś pojechać w niedzielę.
Dziś rano sprawdziłem obie opony. Tył trzyma bez zarzutu, przód też, ale znacznie mniej. Władowałem do tyłu 130 psi, przód więcej niż 80-90 nie był w stanie utrzymać. Podejrzewam, że w trakcie jazdy powietrza jeszcze ubyło. ALE nie zeszło całkiem i toczyło się całkiem nieźle, choć jajo przez pierwszych kilkanaście km doprowadzało mnie do pasji. Potem się przyzwyczaiłem i kręciłem swoje. Wrażenia? Opony super się toczą, świetnie trzymają. Dostały dziś wszystko: dywan, dziury, grys, szuter - wszędzie bez zarzutu. Jestem ciekaw wrażeń, kiedy obie będą okrągłe jak należy i nabite do 140 psi. ;]
Późniejszy wyjazd, trasa krótsza, pochmurnie, 10-14 stopni. Jechało się jednak fajnie, a widoki zrekompensowały oponiarskie problemy.
Linia elektryczna na tle czołówki z "Plebanii". :)

Dziś odgrzałem skrót przez Bachów w drodze do Birczy. Od skrętu w Babicach zaczyna się malownicza droga wzdłuż Sanu...

...przez który przeprawimy się taką oto kładeczką.

Jw.

Bachów i San, już po prawej stronie.

Chwilami rzeka rozlewa się dość szeroko.

Z Birczy powrót doliną Wiaru.



Huwniki z dołu...

...i z góry.
Sólca
Piątek, 11 maja 2012 · Kategoria: 50-100km · Komentarze(6)
km: 52.02 · czas: 01:52 h · Vśr: 27.87 km/h · Vmax: 55.86 km/h · w pionie: 190 m · 27.0 C°
Szybkie kółko przed II zmianą i wyjazdem służbowym. By rozjechać się po środowych górach oraz przejechać się drogą miesiąca. Więc tak. Zamiast gnać w dół do Sierakośc, skręcamy na Sólcę:

Na nową, gminno-europejską drogę.

Szybki zjazd i kawałeczek podjazdu.

Na pierwszej napotkanej krzyżówce odbijamy w lewo.

Potem znów w lewo.

I już widzimy kopiec w Sólcy, którego datowanie i historia.. ho ho!

A wszystko na jednej z najbardziej malowniczych dróg w okolicy.

Na koniec zjeżdżamy dywanikiem do Sierakośc i jest malinowo. :)

Ciepło, szybko i z nieodwracalną kontuzją okularów. Służyły wiernie, zwiedziły kawał świata, R.I.P. Na szczęście musiałem tylko kilkanaście razy wydłubywać coś z oczu... ;p
Szybkie kółko przed II zmianą i wyjazdem służbowym. By rozjechać się po środowych górach oraz przejechać się drogą miesiąca. Więc tak. Zamiast gnać w dół do Sierakośc, skręcamy na Sólcę:

Na nową, gminno-europejską drogę.

Szybki zjazd i kawałeczek podjazdu.

Na pierwszej napotkanej krzyżówce odbijamy w lewo.

Potem znów w lewo.

I już widzimy kopiec w Sólcy, którego datowanie i historia.. ho ho!

A wszystko na jednej z najbardziej malowniczych dróg w okolicy.

Na koniec zjeżdżamy dywanikiem do Sierakośc i jest malinowo. :)

Ciepło, szybko i z nieodwracalną kontuzją okularów. Służyły wiernie, zwiedziły kawał świata, R.I.P. Na szczęście musiałem tylko kilkanaście razy wydłubywać coś z oczu... ;p
Za górami, za lasami...
Środa, 9 maja 2012 · Kategoria: 100-200km · Komentarze(11)
km: 151.66 · czas: 06:40 h · Vśr: 22.75 km/h · Vmax: 70.48 km/h · w pionie: 2030 m · 18.0 C°
...jest mój dom rodzinny. Jeżeli człowiek ma ochotę wpaść do rodziców na obiad, trzeba się bez te góry i lasy przedrzeć. Co oznacza 2 km w pionie... Dziś odważyłem się na to po raz pierwszy.
Start o 8.00. Niebo całkowicie zaciągnięte chmurami, na termometrze 10 stopni. Bluzy, czapki, rękawiczki i jedziemy. Bezwietrznie. I tak właściwie było do Sanoka. Po południu wiało w twarz przez całą drogę. Niezbyt mocno, ale chwilami (podjazdy) upierdliwie. Zatem poranek na wiarę, że nie będzie padać oraz się wypogodzi.

Koniki w Leszczawie. Biegało ich luzem sporo.

Serpentyny nad Leszczawą. Na tym zakręcie wypadków nie brakuje, także śmiertelnych. Co - jak widać - nie powstrzymuje kolejnych śmiałków od testowania wytrzymałości barier ochronnych.

Rozpucie. Już w słońcu. :] Na horyzoncie Góry Słonne, które trzeba przejechać.

Wspinamy się, wspinamy! Serpentyny nad Tyrawą Wołoską.

I już po drugiej stronie. Spojrzenie w stronę Leska i Bieszczadów...

...oraz w stronę Zagórza, do którego zmierzamy. Stoję na nowym punkcie widokowym, poniżej widać stary.

Ta da! Obcokrajowcom zwracam z naciskiem uwagę, iż na tablicy widnieje zawołanie "BRAMA BIESZCZADÓW", nie: "BRAMA BIESZCZAD" (błeeee!). Proszę się tego trzymać i poprawnie odmieniać! (ten)Bieszczad - (te)Bieszczady - (tych)Bieszczadów :]

Pierwszy spoczynek u Brata, by go złapać przed II zmianą. Carmen dołączyła do małżeństwa Krossów. ;p

Jw. Bratowa willa stoi w takim miejscu, że dojechać można tu jeno na mtb, a i po okolicy na góralach szaleć można bez opamiętania. I szaleją! :)

WBWP (Wakacyjna Baza Wypadowa Phorosa :)

Jw.

Potem odwiedziłem Rodziców. Kazika upolowałem w Jego królestwie. :]

Helenka zaś już stawiała obiad na stół. Odpaliłem więc motywację do powrotu...

...wrzuciłem w siebie treść zasadniczą...

...a w plecak treść dodatkową. :)

Kawa i trzeba było się zbierać. Odcinek Zagórz-Sanok to zdecydowanie najbardziej ruchliwy i najbardziej niebezpieczny kawałek drogi, po jakim jechałem w tym roku. Sznur aut w obie strony. Żadnego trąbienia, omijania. Po prostu gnają, jakby cię nie było... Na centymetry oczywiście. Brr.

Z Sanoka do Przemyśla za to o niebo spokojniej. Zagórz widziany z Bykowiec.

Powrotne wspinanie szło całkiem zgrabnie, choć bałem się o nogi cały wyjazd. Ostatnie spojrzenie z 620 m n.p.m. w stronę Sanoka...

...i wracamy na Pogórze Przemyskie.

Widok z Pasma Bziany w stronę Leszczawy.

Na deser pozdrowienia dla Kciuka. ;p

O 18.00 byłem w domu. Wyjazd udany, strój trafiony, nogi dały radę. Licznik też: spędził w pralce dobrych kilkanaście minut, zanim zorientowałem się, gdzie jest. :D Still working perfectly! :D
...jest mój dom rodzinny. Jeżeli człowiek ma ochotę wpaść do rodziców na obiad, trzeba się bez te góry i lasy przedrzeć. Co oznacza 2 km w pionie... Dziś odważyłem się na to po raz pierwszy.
Start o 8.00. Niebo całkowicie zaciągnięte chmurami, na termometrze 10 stopni. Bluzy, czapki, rękawiczki i jedziemy. Bezwietrznie. I tak właściwie było do Sanoka. Po południu wiało w twarz przez całą drogę. Niezbyt mocno, ale chwilami (podjazdy) upierdliwie. Zatem poranek na wiarę, że nie będzie padać oraz się wypogodzi.

Koniki w Leszczawie. Biegało ich luzem sporo.

Serpentyny nad Leszczawą. Na tym zakręcie wypadków nie brakuje, także śmiertelnych. Co - jak widać - nie powstrzymuje kolejnych śmiałków od testowania wytrzymałości barier ochronnych.

Rozpucie. Już w słońcu. :] Na horyzoncie Góry Słonne, które trzeba przejechać.

Wspinamy się, wspinamy! Serpentyny nad Tyrawą Wołoską.

I już po drugiej stronie. Spojrzenie w stronę Leska i Bieszczadów...

...oraz w stronę Zagórza, do którego zmierzamy. Stoję na nowym punkcie widokowym, poniżej widać stary.

Ta da! Obcokrajowcom zwracam z naciskiem uwagę, iż na tablicy widnieje zawołanie "BRAMA BIESZCZADÓW", nie: "BRAMA BIESZCZAD" (błeeee!). Proszę się tego trzymać i poprawnie odmieniać! (ten)Bieszczad - (te)Bieszczady - (tych)Bieszczadów :]

Pierwszy spoczynek u Brata, by go złapać przed II zmianą. Carmen dołączyła do małżeństwa Krossów. ;p

Jw. Bratowa willa stoi w takim miejscu, że dojechać można tu jeno na mtb, a i po okolicy na góralach szaleć można bez opamiętania. I szaleją! :)

WBWP (Wakacyjna Baza Wypadowa Phorosa :)

Jw.

Potem odwiedziłem Rodziców. Kazika upolowałem w Jego królestwie. :]

Helenka zaś już stawiała obiad na stół. Odpaliłem więc motywację do powrotu...

...wrzuciłem w siebie treść zasadniczą...

...a w plecak treść dodatkową. :)

Kawa i trzeba było się zbierać. Odcinek Zagórz-Sanok to zdecydowanie najbardziej ruchliwy i najbardziej niebezpieczny kawałek drogi, po jakim jechałem w tym roku. Sznur aut w obie strony. Żadnego trąbienia, omijania. Po prostu gnają, jakby cię nie było... Na centymetry oczywiście. Brr.

Z Sanoka do Przemyśla za to o niebo spokojniej. Zagórz widziany z Bykowiec.

Powrotne wspinanie szło całkiem zgrabnie, choć bałem się o nogi cały wyjazd. Ostatnie spojrzenie z 620 m n.p.m. w stronę Sanoka...

...i wracamy na Pogórze Przemyskie.

Widok z Pasma Bziany w stronę Leszczawy.

Na deser pozdrowienia dla Kciuka. ;p

O 18.00 byłem w domu. Wyjazd udany, strój trafiony, nogi dały radę. Licznik też: spędził w pralce dobrych kilkanaście minut, zanim zorientowałem się, gdzie jest. :D Still working perfectly! :D
Zamiecie drzewne
Niedziela, 6 maja 2012 · Kategoria: 100-200km · Komentarze(11)
km: 104.60 · czas: 04:27 h · Vśr: 23.51 km/h · Vmax: 76.81 km/h · w pionie: 1300 m · 18.0 C°
Dotrzymując własnej obietnicy oraz zgodnie z zaleceniem Wojtka wykręciłem ponownie arłamowsko-kuźminową stóweczkę. Wiatr był dwukrotnie słabszy, kolarz dwukrotnie mocniejszy, jechało się więc znacznie lepiej. Niemniej noga dziś ciężkawa nieco była.
Pobudka 5.15, micha ryżu z mięsem i bambusami i w drogę. O 6.00 było 15 stopni, prognozy też były takie sobie, postanowiłem więc wziąć górę z długim rękawem. To był dobry pomysł, także ze względu na późniejsze kręcenie w lesie oraz boje z wiatrem. Generalnie pogoda rano była dość nieoczywista...

Sierakośce postanowiłem spontanicznie ściąć przez Sólcę - super skrót!

A potem wspinaczka do Arłamowa...


...widoczki na górze...

...zjazd do Kwaszeniny i znowu w górę...

...i w końcu zjazd do Jureczkowej. Po fatalnej, dziurawej drodze. Na zdjęciu całkiem niezła końcówka tego nieszczęsnego odcinka.

Na dole zaś miły akcent rowerowy: tablica z mapą Bieszczadzkich Szlaków Rowerowych. Obok pomnik poległych w tym miejscu partyzantów.

Z Jureczkowej do Kuźminy tym razem ogień. :p Wprawdzie ostatnie km pod spory wiatr, ale przez większość odcinka zacisnąłem zęby i nie schodziłem poniżej 30 km/h. A co! :] Na zdjęciu: kościół w Kuźminie.

Z Kuźminy wspinaczka nad Leszczawę i zjazd do niej.

Z Leszczawy rzut beretem do Birczy.

Stąd zaś lasami i górami do domku.


Planowałem powrót do 13.00, otwierałem drzwi do domu o 11.00. Jest ok. ;)
Aha! O co chodzi z tytułem? Otóż na odcinku Bircza-Przemyśl porywisty wiatr zwiewał z drzew wszystko, co na nich spotkał: liście, gałązki, kwiatki, nasionka, etc. Często wyglądało to dość spektakularnie i faktycznie zamieciowo, przez co miałem na sobie pełno jakichś drzewnych kłaków i innej flory. Awsome! :D
PS. 5 min. chwały, dopóki wszystkie smoki i tytany nie wrócą z trzy- i czterocyfrowych tras... ;p
Dotrzymując własnej obietnicy oraz zgodnie z zaleceniem Wojtka wykręciłem ponownie arłamowsko-kuźminową stóweczkę. Wiatr był dwukrotnie słabszy, kolarz dwukrotnie mocniejszy, jechało się więc znacznie lepiej. Niemniej noga dziś ciężkawa nieco była.
Pobudka 5.15, micha ryżu z mięsem i bambusami i w drogę. O 6.00 było 15 stopni, prognozy też były takie sobie, postanowiłem więc wziąć górę z długim rękawem. To był dobry pomysł, także ze względu na późniejsze kręcenie w lesie oraz boje z wiatrem. Generalnie pogoda rano była dość nieoczywista...

Sierakośce postanowiłem spontanicznie ściąć przez Sólcę - super skrót!

A potem wspinaczka do Arłamowa...


...widoczki na górze...

...zjazd do Kwaszeniny i znowu w górę...

...i w końcu zjazd do Jureczkowej. Po fatalnej, dziurawej drodze. Na zdjęciu całkiem niezła końcówka tego nieszczęsnego odcinka.

Na dole zaś miły akcent rowerowy: tablica z mapą Bieszczadzkich Szlaków Rowerowych. Obok pomnik poległych w tym miejscu partyzantów.

Z Jureczkowej do Kuźminy tym razem ogień. :p Wprawdzie ostatnie km pod spory wiatr, ale przez większość odcinka zacisnąłem zęby i nie schodziłem poniżej 30 km/h. A co! :] Na zdjęciu: kościół w Kuźminie.

Z Kuźminy wspinaczka nad Leszczawę i zjazd do niej.

Z Leszczawy rzut beretem do Birczy.

Stąd zaś lasami i górami do domku.


Planowałem powrót do 13.00, otwierałem drzwi do domu o 11.00. Jest ok. ;)
Aha! O co chodzi z tytułem? Otóż na odcinku Bircza-Przemyśl porywisty wiatr zwiewał z drzew wszystko, co na nich spotkał: liście, gałązki, kwiatki, nasionka, etc. Często wyglądało to dość spektakularnie i faktycznie zamieciowo, przez co miałem na sobie pełno jakichś drzewnych kłaków i innej flory. Awsome! :D
PS. 5 min. chwały, dopóki wszystkie smoki i tytany nie wrócą z trzy- i czterocyfrowych tras... ;p
Antyprognostycznie
Sobota, 5 maja 2012 · Kategoria: <50km · Komentarze(7)
km: 30.88 · czas: 01:08 h · Vśr: 27.25 km/h · Vmax: 64.03 km/h · w pionie: 310 m · 22.0 C°
Miało padać i grzmieć, tymczasem po wyjściu z fabryki ujrzałem sympatyczne niebo zachęcające do kręcenia. Szybkie kółeczko więc przed Giro.
Miało padać i grzmieć, tymczasem po wyjściu z fabryki ujrzałem sympatyczne niebo zachęcające do kręcenia. Szybkie kółeczko więc przed Giro.
3X43V
Czwartek, 3 maja 2012 · Kategoria: 50-100km · Komentarze(4)
km: 70.80 · czas: 02:26 h · Vśr: 29.10 km/h · Vmax: 55.35 km/h · w pionie: 240 m · 27.0 C°
Szybka, świąteczna karuzela nizinna. Bardzo ciekawe doświadczenie... :]
Szybka, świąteczna karuzela nizinna. Bardzo ciekawe doświadczenie... :]




